Forum Brzeg on
Regulamin Kalendarz Szukaj Album Rejestracja Zaloguj

MegaExpert

Poprzedni temat :: Następny temat
Dziennik znaleziony pod murem (fragmenty)
Autor Wiadomość
Sławomir Majewski 

Wiek: 64
Dołączył: 11 Wrz 2006

UP 2 / UP 0


Skąd: Gdańsk

Wysłany: 2007-08-25, 10:52   Dziennik znaleziony pod murem (fragmenty)

DZIENNIK ZNALEZIONY POD MUREM

(Fragmenty)

PROLOG Z EPILOGU
(Nasycony znakami zapytania)



Szczeciński Klub Olimpijczyka; Aleje Wojska Polskiego numer 127. Piją koniak. Jej mąż patrzy mu w oczy ze szczerym? Uśmiechem? Cynizmem? Westchnieniem ulgi? Rezygnacją?
- Wygrałeś - mówi Jej Mąż - Masz ją. Daję ci ją.
Wstaje, płaci za wszystkich i wychodzi; wysoki, jasnowłosy, przystojny, inteligentny.

Jest czas Wielkiego Braterstwa i powszechnej solidarności; czas łopoczących flag, narodowych insygniów; czas Katharsis.
Jest to zarazem, uważasz Olo, czas chmur kłębiastych z których wypiętrzają się burzowe cumulonimbusy nadciągające na Polskę ode Warszawy. Czas Apokalipsy z orłem bez korony na hełmach.
- Litości! Nie o polityce, tylko o miłości, namiętności i tyłeczkach kobiet!
- Zatem o tym będzie. Tak, więc ma ją...

Więc dostał w prezencie żonę tego faceta, która teraz patrzy przerażona? zadowolona? wstrząśnięta? I...?
- On ci mnie dał? - Mówi tak głośno, że para siedząca dwa stoliki dalej patrzy na nią ze zdumieniem? niedowierzaniem? oburzeniem?
- Nie słyszałaś?
- Dał mnie jak - co? Jak przeczytaną gazetę? Jak kawałek dupy do rżnięcia? Jak taboret czy lampę? Jak...? Jak...?

Nie. Nie płacze.
Wstają i wychodzą. Po drodze kupują wódkę i idą do hotelu Gryf; czeka tam na nich kwitnąca echeweria.


KILKA LAT PÓŹNIEJ
(Parę uwag dla reżysera)

Stoi na środku pokoju z torbą podróżną na ramieniu i wiśniową, skórzaną walizką w prawej dłoni. Stawia bagaże, podchodzi do drzwi i przekręca klucz.

Teraz podchodzi do okna, zamyka je energicznie, bo hałas ulicy go drażni, a jemu potrzebna będzie cisza.

Przez okno widzi budynek z nietynkowaną ceglaną ścianą; wspina się po niej anemiczny, rdzawo zielony bluszcz; radio sączy absynt One Night in Washington. Tego Murzyna, Charliego Parkera.

Zdejmuje sztruksową marynarkę, wiesza na oparciu krzesła, potem kładzie się na tapczanie i przymyka oczy; nie otwierając ich - zapala papierosa, popiół strząsa na podłogę; nagle wstaje i - gasząc papierosa - mówi do lustra:
- Do jutra.

Chwilę stoi nieruchomo, później znów się kładzie i leżąc patrzy w sufit, słuchając szumu krwi i brzęczenia odkurzaczy na korytarzach (wchłania odgłosy, żeby je wyciszyć, wessać w siebie i zneutralizować świetliste rozbłyski pod powiekami). Właśnie wtedy po raz pierwszy wypowie w myślach słowo: Xanadu...

Pomyśli Xanadu i widz ujrzy toczącą się gdzieś, po jakimś dywanie szklaną kulę z wirującymi wewnątrz płatkami śniegu, która wypadła z męskiej, martwej dłoni. Ktoś wypowie rosebud, a może to będą jego słowa. Idę, pomyśli i otworzy drzwi amfilady swojego popieprzonego życia.

Cięcie.


PATCHWORKI

Stoi na wysokościach Muru i jakoś tak ni stąd, ni zowąd przychodzi mu do głowy tocząca się po dywanie szklana kula z wirującymi wewnątrz płatkami śniegu. Pomyślał Xanadu i zaraz potem, na widok zmierzwionych kwiatów dzikiej, szkarłatnej peonii pomyślał rosebud, a po chwili jeszcze raz – rosebud. Nie miał pojęcia, dlaczego.

Wczoraj było trzęsienie ziemi i pięćdziesiąt tysięcy ludzi zostało bez dachu nad głowami, więc może dlatego? Może fale sejsmiczne naruszyły jego wnętrze, do tej chwili w miarę stabilne? Pewnie tak; stare szkielety wypełzły na powierzchnię: Jesteśmy!

At night of 18 october local time, earthquake mesuring 6.1 on richter scale occurred in the area of junction of hebei, shanxi provinces and inner mongolia autonomous region 220 km northwest of beijing. Four tremors over 5 on richter scale recorded towards next morning.


Szli przez ruiny patrząc na szczury wysiadujące na gruzach; nie schodziły do piwnic, roztropnie czekając wstrząsów wtórnych. Wypasione, obżarte ruszały wąsami czyszcząc łuskowate, połyskliwe ogony. Więc dlatego? Pewnie tak, bo przecież mógł wspomnieć Rashomona Kurosawy, albo Ingmara Bergmana Tam, gdzie rosną poziomki, a choćby Miłość Elwiry Madigan Widerberga z tymi nieocenionymi zdjęciami Perssona, nie?

No, pomyśl: co przeczytałeś? Masz przed oczyma tekst, który pisał walcząc z każdym wyrazem, każdym zdaniem, myślą krwawiąc przy tym, jakby mu sęp wyrywał wątrobę. Czego chce? Chce powiedzieć: to nie jest tak, że czytasz jakiś pieprzony literacki eksperyment.

- A to nie jest tak? No, to jak to jest? Próbuje robić za świętego Jana? Zionie apokaliptycznym strumieniem świadomości? A może śni mu się pastisz Ulissesa? O to mu chodzi? O nowe Wawrzyny już ścięto czy Absalomie, Absalomie...? A, właściwie, dlaczego nie może poeksperymentować? W końcu pisze tylko jakąś historię o sobie i tej dupie, z której nie może się otrząsnąć, mimo że ich czas przeleciał, jak sraczka sitem. Literacki patchwork...
- Poczekaj. Poczekaj chwilę. Zobacz, czy to patchwork. Zobacz, Absalomie czy wawrzyny już ścięto.

Więc jest w towarzystwie Doktora. Palą papierosy i pociągają z piersiówek wódkę. Otaczają ich skośnookie, pełne jadeitowych smoków Chiny, a on patrzy z blanków Muru w urwisko, gryzie końcówkę długopisu i myśli o jakiejś różyczce i wielu innych fajnych sprawach. I o tym, jak zrozpaczony Doktor zadzwonił cholera, kurwy mnie obrały z forsy a wtedy on, idiota, po trzech dniach zlądował w Szanghaju w tanich trampkach, jeansach, kraciastej koszuli i wręczając kasę powiedział mu tylko to swoje: No!

La lalala lala nuci rześko, wciągając rześkie górskie powietrze i spleśniałą woń starej zaprawy.
- To Shi Huang rozpoczął budowę, a Nurhaci zakończył ten absurd, Greku. Mówi, spoglądając w niebotyczną przepaść i zębate mury.
- Ming! I pękło jak balon. Kończy Doktor.

Przyleciał, żeby Doktor zrealizował umowę, zapłacił producentowi za produkcję, przewoźnikowi za transport, brokerom za resztę. Kiedy facetom z ministerstwa wręczyli tłuste łapówki za niezwykłą uprzejmość, ci niezwykle uprzejmie zasugerowali możliwość spędzenia czasu w towarzystwie wesołych, miłych, porządnych dziewczyn. Sugestia została przyjęta zdecydowanym męskim tak miłych, wesołych i porządnych mężczyzn lubiących sprośne kurwy; luzując krawaty podążyli do hotelu.
- Teraz dupy, jutro - Delhi.
No i Harikriszna, Indianie!

Schodzą kamiennym traktem osaczeni górami i labiryntem Muru z na wpół rozpadających się, brudnoczerwonych cegieł. Rosendorfer miałby pożywkę. Różyczka... Labirynty wspomnień. Myśli szumem muszli, myśli. Wtedy, tam... Kobiety. Medee. Córki węży i jaguarów. Dżungle zapomnień. Wygięta nad nim w łuk krzyczała tak! I było to jedyne tak mające jakiś sens, a on ten sens beznadziejnie spieprzył. Została na szwedzkiej Naksos bez najwątlejszej nici nadziei na drugą szansę.
Biedna Ariadna...

Pstryka kolejne zbędne zdjęcie, dotyka cegieł strażnicy, wdycha chłodne powietrze, uprzejmie usuwa się tanecznie na bok przed japońskimi turystami.

...Cholera, jaka: biedna Ariadna? Jej imię wywodzi się od Arachne. Pajęczyca. Mogła sobie wyśmienicie sama zapleść pajęczyny nowych nadziei. Zaplotła, i to nie jedną! Dolara za każdego fiuta, którego gładko wpuściła między gładkie propyleje wiodące do jej cipy. Mamiła też dzieweczki, Safona; poetycko rozkładając dla nich lirę ud, językiem wypisywała na ich drugich wargach miłosne pieśni. Tak je ujarzmiała: biorąc nad siebie.

[---]

ΆΝΆΓΚΗ

- Wiesz, Doktorze, według Czechowa, jeśli w pierwszym akcie dramatu na scenie pojawia się strzelba, to w ostatnim musi wypalić. Bo strzelba, kiedy się pojawia, ma być niczym ogniste mane, thekel, phares wypisane podczas uczty na ścianie pałacu Baltazara w Babilonie. I nie ma to nic wspólnego z przypadkiem; skoro coś się pojawia, pojawia się po coś. Ananke jest nieubłagana; nie można jej oszukać, powstrzymać ani zawrócić: pytaj Lajosa i Edypa, pytaj Orestesa i Elektry.
- Jakie mam szanse na odpowiedź? Czy zastanę ich w domostwach ich?
- Oh, Greku! Pytaj, pytaj, pytaj! Przede wszystkim, pytaj tą małą nieszczęsną pizdę, Ifigenię gdzie był wtedy אהיה אשר אהיה ? Niech ci wyjaśni, dlaczego nie powstrzymał dłoni Agamemnona, jak pohamował nóż Abrahama?
- A Jeremiasza 31:1-19, nie wyjaśnia, Padre?
- Nie, synu! Niczego nie wyjaśnia. Blekot! To oczywiste, że namiętna Klitajmestra miała przesrane od chwili, w której tłusty łabędź przerżnął (ku obopólnemu zadowoleniu) jej matkę; zwróć przy tym uwagę na osobliwość, jaką jest upodobanie zdumiewającej i przerażającej ilości antycznych i współczesnych kobiet do spółkowania z wszelkiego rodzaju zwierzyną - od psów, co już codzienne, po węże i rybie ścierwa.
- Tak, zatem...
- Zatem - Klitajmestra...

...Jej los był pierwszą, a nie ostatnią sceną niekończącego się dramatu, na której bogowie zawiesili strzelbę. Poznaj zen i ośmioraką ścieżkę. Przekop, jak Schliemann, Mykeny swoich wspomnień; w tym gigantycznym śmietniku znajdziesz wszystko, czego się nie spodziewałeś: plemnik ojca, jajeczko matki, a na końcu pępowiny - ty, splot patologicznych komórek. Jesteś, bo plemnik z twoim DNA był na samym szczycie wytrysku, więc niby żadne przeznaczenie, ale dlaczego z akurat z twoim DNA? Oto jest twoje zapytanie!

W Mistrzu i Małgorzacie jest taki fragment, w którym Berlioz spytany przez Szatana jak zamierza spędzić wieczór, odpowiada:

„Wiem mniej więcej dokładnie, co będę robił dziś wieczór. Oczywista, jeśli na Bronnej nie spadnie mi cegła na głowę... Cegła - z przekonaniem przerwał mu nieznajomy - nigdy nikomu nie spada na głowę ni z tego, ni z owego”.

Niecenzurowane wydanie Mistrza i Małgorzaty przeczytałem w więzieniu; wychodzi na to, że wojowałem z komunizmem tylko po to, żeby w otoczeniu nie do zapomnienia dowiedzieć się, że cegła nigdy nikomu nie spada na głowę ni z tego, ni z owego...? Miałem zapamiętać właśnie te słowa? Widocznie tak. Widać nasze życie jest tylko kontynuacją odgórnie wyznaczonej trajektorii splotów łańcucha przyczynowo-skutkowego. Άνάγκη. Dharma tworzy karmę, świerszczyku. Samsāra, przeznaczenie czy jak tam sobie chcesz.
- Piękna reguła domino, Domine! Ale czego tutaj ma dowodzić wspomniana teoria Czechowa?
- Szczęki Kronosa, które pewnej nocy zmiażdżyły naiwność dziecka, gdy dorośnie posłużą i jemu za narzędzie, aczkolwiek raczej autodestrukcji niż agresji. Będą ofiary, ale on sam, dla siebie, najpierwszą i najważniejszą - choć tylko (o, paradoksie!) kolejną, w niekończącym się łańcuchu rodzinnych, mrocznych tajemnic.
- Stąd Elsynory myśli?
- Stąd, Greku...

Opiera ręce na chropowatości blanków: Minotauros wypatrujący ateńskich okrętów, węszy dziewice nic nie wiedząc o kłębku. Biedny rogacz, będzie szukać dróg w labiryntach zwątpień, wypełniać myślą ową lukę pomiędzy żaglem jutro a powietrzem wczoraj doskonałą, najczystszą iluzją podróży do Indii korzennych, by odnaleziony nowy świat mógł się objawić westchnieniem rozczarowanej ulgi Kolumba: nareszcie...

Patrząc za kluczem żurawi z dłonią przyłożoną do czoła, myśli o Wandzie: Wanda... Myśli też o tym, że Chiny są jak malowane tuszem na jedwabnym papierze. Wprawdzie jest w Chinach, idzie sobie stromo w dół labiryntami absurdalnego Wielkiego Muru, ale nagle przed oczyma widzi sypialnię japońskiego domu rozkoszy. Nie, nie burdelu; domu rozkoszy opisanego w Śpiących Pięknościach Kawabaty. Ile tatami 85 na 180? Nieważne...

"Mam wrażenie, że to już odległa przeszłość, kiedy ostatni raz rozczarowałem się kobietą. Ktoś wymyślił dom, w którym kobiety są usypiane w taki sposób, żeby nie mogły się przebudzić”.

Tyle Kawabata. Dlaczego tu i teraz przypomina sobie akurat Śpiące Piękności? Może dlatego, że dokoła pełno malutkich, prześlicznych dzieweczek o skośnych oczach i krótkich nóżkach kaczuszek? A może dlatego, że Azja unifikuje siebie samą: pastele nieba i chmur, tusze drzew, lakowe skały, jadeitowe śnieżne smoki, czerwono-złote demony... Dlatego. Śliczności obrazki: jarmarczne Japonie, Chiny, Koree, Tajlandie...

Opuszkami myśli dotyka teraz śliczności dziewczyny tlącej się głęboko w zakamarkach synapsów; gorzko pamiętać... Mogli nas wtedy rozjechać czołgami, zatłuc pałami, rozstrzelać na śniegu. Ten przerażony żołnierzyk z erkaemem mierzący do nich, wołający piskliwym, kogucim dyszkantem rozejść się, :censored2:, będę strzelać! Byliśmy tylko we dwoje, więc my się nie rozeszliśmy, a on nie strzelił: rzucił hełmofon na śnieg i się rozpłakał. Dzielny wojak. A ja?

Nie dotrzymał słowa danego jej przed szturmem. Jeśli wyjdziemy z tego żywi... A potem trzy rakiety, pamiętasz? Dałem ci słowo, że jeśli wyjdziemy z tego żywi...
...Co to jest - słowo? Wzrusza ramionami. Słowo było na początku. J1:1. A co z Der bestirnte Himmel über mir, und das moralische Gesetz in mir, ty skurwysynu? Och, idź do cholery. Genug! Opowiem ci kiedyś, ale nocna rosa jeszcze nie opadła na jaguara skrytego między lianami, więc najpierw muszę wyciąć gęstwinę zapomnień i wykarczować korzenie pomyłek. Dopiero wtedy prosto w żyłę. Der bestirnte Himmel...

Dyskretny ciężar wzroku skośnookiego porządkowego, zmusza go do dyskretnego schowania (dyskretnie) w kieszeni niepodpalonego papierosa.

Wzruszając ramionami przypomina sobie Bahia Negra i jakieś gołe dziecko o wzdętym brzuszku, biegnące z patykiem przez kałużę beztrosko roześmiane i jeszcze kogoś, wynurzającego się z mroku Agry z konspiracyjnym szeptem: dzisiaj o dwudziestej w hotelu Mughal, pokój...

- O! Ty, a pamiętasz? Ta knajpka Bhati w Lahore, obok bramy Bhati? Dziewczyna sprzedawała amerykańskie papierosy; miała prześliczne wąskie dłonie farbowane chną na kolor indygo i szkliste, brązowe oczy. Narkomanka. Pojdę z tobą za dolara, Mister.
- Jasne, a za dwa poderżnie ci gardło! Jej sflaczałe, tłuste cyce falowały jak wodne hiacynty. Falowanie Amuru między ścianami Xiao Hinggan Ling, gdy wiele słońc i nieskończoność księżyców później, wesolutko pijani na wesolutkim pokładzie pijanego bocznokołowca tańczyli z nadobnymi niewiastami, Ruską i Chinką, prostytutkami udającymi panny zacne. Kupili to z Macedońskim. Zacziem niet?

Zatrzymuje się na chwilę nad rachitycznym rumiankiem, wrośniętym między spękane tafle zupełnie jak wtedy w Pompejach, kiedy dzwoniła do jakiejś Marty, pretensjonalnie skarżąc:
- Nic się nie dzieje. Martwy sezon...
On patrzy na misy, amfory i sztućce na chropowatym stole oberży i niemal czuje zapachy i smaki potraw. Zamyka oczy i słyszy głuchy, narastający ponury grzmot w trzewi ziemi i w napięciu czeka na wybuch. Ale nic się nie dzieje; otwiera oczy. Nic się nie dzieje...
W Pompejach martwy sezon...
- Co ona powiedziała, Sahib?
- Martwy sezon.
- Matko panajezusowa! Trafiła jak w pysk.
- Taka była: pompejańska w swojej głupocie, Greku.

Ociera pot z czoła nieba gwiaździste nade mną, Immanuelu, a nocne lotniska we mnie: Bandaranaike w Colombo, Rafic Hariri w Bejrucie, wcześniej Le Bourget; hotelowe pokoje i dziewczyny pachnące Chanel, Coty, L’Opium... Wężowe córki węży. Jutro Delhi. No i Hari Kriszna, Indianie!

[---]

MINOTAUROS

Jakiś czas temu stał na szczycie Wielkiego Muru z dłonią nad czołem, patrząc za kluczem żurawi, teraz schodzi labiryntem gór i pogruchotanych, rozsypujących się cegieł. Tworzywo dla Rosendorfera; dokładnie!

Pamiętasz psalm sto trzeci?

Dni człowiecze, są jak trawa,
kwitnie jak kwiat w polu;
ledwie wiatr muśnie, a już go nie masz,
i miejsce, gdzie był, nie rozpoznaje go...


Jestem jak Minotaur - pośrodku labiryntu, a skoro jestem pośrodku, no to muszę wreszcie coś postanowić. Przekroczyć siebie. Ciekawe, jeśli przekroczę, którego mnie spotkam po drugiej stronie? Tamtego, Axolotla na inwalidzkim wózku w lutym A.D. 1987? Przekroczę, :censored2:, jak Mojżesz. Epi oinopa ponton. Choć tamten powiedział: dwa razy nie wejdziesz. Ἡράκλειτος ὁ Ἐφέσιος... Eh, to się jeszcze okaże! No, a jeśli gdzieś tam, w ciemnościach wczoraj, czeka jakiś Tezeusz, z moim losem napiętym jak nić w gibkich rękach zabójcy? Zmierz się! Odważ się! Zawsze zdążysz mu zamienić kolory żagli, ty ciołku! Paradoks jego okrętu!

W herbaciarni, traktowany z szacunkiem należnym gościowi z obcego świata długonosych, pije dziwną zieloną herbatę, która nie ma nic wspólnego z jego oczekiwaniami od zielonej herbaty. Lung Ching? Co to jest, napar z trawy? To ma być herbata? Szczyny! Może, gdyby z bergamotką, bo tak... Pamiętnik? Tu!

Rozłamuje kruche ciasteczko: Bądź bardziej wytrwały i nie porzucaj raz obranej drogi. Po każdym końcu następuje nowy początek. Człowiek szlachetny stoi pewnie i nie zmienia kierunku. Pierdu-pierdu! Ale, kto wie? Jestem przecież koza; Wei, najjaśniejsza z gwiazd gwiazdozbioru Skorpiona; ósma gałąź ziemska i element: ziemia. Mój kolor to żółty, żywioł: Yin i Yang, kierunek: południe-południowy zachód. Moje choroby są związane z płucami. Kaszle. I jak tu nie wierzyć w gusła? Siorbie herbatę zadowolony, że Olek wreszcie podpisał tę cholerną umowę; uwijali się, jakby mieli potrzebę i teraz - Delhi.
- No, to Harikriszna, Indianie!

TRZECIA KSIĘGA DŻUNGLI

Na płaskim wierzchołku wzgórza, płaskie bungalowy; noc, w mrokach odgłosy rzeczywistej księgi Dżungli: chyba ryczy tygrys, wrzeszczą ptaki i małpy; kołyszą się palmy, szeleści piach pod kopytem gaurów; opary. Aksis? Może aksis. A jak nie on, to ten tłustowłosy, świńskoryji pijany Niemiec z czwartego domku po lewej. Heilhitler się z panem!

Zarośnięci jak Sikhowie tyle, że bez turbanów, siedzą na kamieniach przed bungalowem; palą, piją wódkę, rozmawiają półgłosami. Jako bywalcy nobliwych muzeów, galerii i ubogich pracowni w mansardach, kochankowie jednotomikowych poetek, przyjaciele bardzo niewybitnych reżyserów i kiepskich scenarzystów, rozmawiają o światach dobrze im znanych.

Jacy są? A obaj są wysocy, raczej postawni i mają błękitne oczy. I obaj są rudawymi szatynami, lubiącymi alkohole, kuce szetlandzkie, misia Colargola, pączki z budyniem i każdą niewiastę tańczącą przy blasku księżyca, gdy brzęczą bransolety na jej przegubach. Shakti. Byli po stronie Albionu w wojnie o Falklandy w osiemdziesiątym drugim, są przeciw Albionowi w jego wojnie o Ulster. Irlandia dla Irlandczyków! Ryczeli pijani z gniewu. Powinowactwo alkoholików, wszak u Joycea byli w rodzie dwaj Stasie, a kto ma Stasia w rodzie, tego Polak nie ubodzie, na Pana!

YIN-YANG

Pierwszy z nich, zwany przez Drugiego bez żadnych konotacji Sahib, Babu, Efendi lub Sire czy jeszcze inaczej, to chętny do wypitki easy writer, druidyczny opowiadacz historii nie zaistniałych, choć możliwych. Przyłapywano go nieraz, gdy świętokradczą dłonią spisywał prywatne życie Minotaura; jest nowożytnym Sindbadem, poszukiwaczem na wpół zatartych inskrypcji z dymiących mordem trzewi labiryntów, spróchniałych pni świętych dębów i tych wyżłobionych na wiatach przystanków tramwajowych linii 9 i 11 wiodących na plażę. Przekłada z ichniego na swoje opowieści Feniksów, jakby mu za to płacili. Serce jego nie zna trwogi, a wszelakie dobra ma w dupie.

Czy jest możliwe, że jest poetą? Wszak składa wersy, zdecydowanie ograniczając układ poziomy na korzyść pionowego, tu i tam wtykając rodzynek metafory albo mistyczne słówko. Ta... To jest możliwe, jest. A nawet gdyby...
...Czy rości sobie pretensje? Zdecydowanie - nie! Pisanie traktuje jak archiwizowanie obrazów powstających najpierw z myśli, potem ze słów na papierze, a roszczenia ma tylko czasami i to wyłącznie do większej ilości soli, szafranu lub majeranku w potrawach: nieskąpo, proszę! Ma swoją teorię na temat poezji; nazwał ją totalną. Poezja Totalna! Widział kto kiedy takiego durnia?

Jaka przyświeca mu gwiazda? To nie jest gwiazda, tylko lampa Aladyna, owego transwestyty, będącego w istocie przebraną za mężczyznę lesbijką-Shakti z kolczykiem w nosie i brylantem w pępku, wirującą biodrem i łonem pełnym piżma.

DRUGI ZWANY DOKTOREM, GREKIEM, OLKIEM albo JAK CHCECIE

Ten drugi, zwany Doktorem, Grekiem lub Macedończykiem, fidus ahates Pierwszego, ma na imię Aleksander, jak dzielny syn Filipa, nieokiełznany uczeń Arystotelesa, pogromca Dariusza. W którym to było? Mniejsza z tym. Daty! Są jak młyńskie kamienie na lotnych biremach: balasty. Trzysta trzydziesty trzeci? Jasne! Hoplici jego falangą jego.
Doktor zwany jest Doktorem dlatego, że podrywając dziewczynę mawia pobawmy się z tą damą w doktora. Mąż ów porzucił ongi uniwersytet w Paryżu oraz togę i biret żakowski dla czarnobrewej jak Thaïs dziwki imieniem René. Straciwszy na nią miłość, dobytek i kufry pistoli, zyskał klątwę oślepłego z żałości ojca swego; teraz jest niczym Kordelia, Pizarro i sir Walter Raleigh w jednym. Czym się para? Handluje z kupcami Orientu i wszelkich terra leones; eksploruje złoża, gdzie nie masz granicy i oko celnika nie sięga, a ucho jego i lewica jego otwarte są tylko na brzęk szekeli. Do kroćset! Istny Fenicjanin, ten człek Renesansu. A René? Olo, wsparty krzepko o sarisę mamony powiada:
- Bóg z nią!
- Ale ja jestem po twojej stronie, Aleksandrze - rzecze Bóg.
- No, to jakoś głupio wyszło, Panie...

[---]

Myśli że trzeba koniecznie pojechać gdzieś na urlop... Sączy drinka, tym razem czystą, rosyjską wódkę z lodem o smaku pieprzu i wanilii, najnowszy wymysł Ameryki. Jest zadowolony z minionej doby: zapracował na swoje. Na kilka spokojnych dni może na Bali, może na Seszelach. Przebiega w myślach krajobrazy, wspomina gościnność, solidność hotelowych usług, dzikość przyrody, zalety dziwek, jakość asfaltów, stopień skorumpowania administracji rządowej. To ostatnie z nawyku. Albo Nepal, jakiś klasztor; mnisi, medytacje, spokój... Tak. Może coś z tego. Potrzeba mu autorytetu. Mistrza. Prowadzącego Drogą. Autorytetu...

GDZIE SIĘ PODZIAŁY AUTORYTETY?

- Wiesz, Greku? Nie ma już autorytetów, na których można by się oprzeć. Gdzie Buddowie? Gdzie Chrystusowie? Dzisiejsze świątki zdychają w kiblach uduszone własnymi rzygami. A na początku ścieżki ich dusz były czyste jako śnieg albo cukier. Janis Jopplin, Morison czy Hendrix… Po co wyliczać? Kiedyś taki advocatus Sancti Sepulchri Godfryd de Bouillon, znamienity choć niepiśmienny rycerz w zardzewiałych pancerzach i z metalowym jajoworem, jako szczeniak został królem Jerozolimy; kustoszem czy jakmutam Grobu Pańskiego. A ten drugi, Rajmund z Tuluzy, naszczał na propozycję koronacji; oto faceci z jajami! Morison… :censored2:, jakież to żałosne!
- Żałosne są idole w kiblach, fakt. A wiele wiosen liczył sobie ten kustosz panajezusowego grobu jak go wybrali? – pyta patrzący na Hinduskę.
- A, jakie trzydzieści i coś; fajtnął pode Hajfą na swoje czterdzieste urodziny.
- Fiu, fiu! Saraceny go zaciukały?
- Powiadają, że go otruła rodzima konkurencja.
- To bardziej prawdopodobne…

SENNOŚĆ W BENARES

Senność, jaka spływa na nich w Benares, pełna jest zapachów jaśminowo-różanych kadzideł, dopalających się zwłok i topniejącego masła. Pełna brzęczenia sitarów, nawoływań kobiet piorących i śmiechu kąpiących się dzieciaków. Senność ma swoje dobre strony, pozwala położyć się i opaść miękko w przestrzenie, jakie się przed zaśnięciem zamarzy; nawet o lodowce. Nawet w sny o cywecie. Nawet w śnienia o rozłożystych biodrach pachnącej nastolatki czy doświadczonej dziwki portowej. Nawet o Chrystusowym grobie. Amen.

Opadają w przestrzenie, każdy swoje, leżąc na łóżkach w kolejnym hotelowym pokoju. Napili się wódki i sobie leżą. Wyjdą jaszczurczo, wieczornym zmrokiem, a restauracja na parterze pełna będzie europejskich dziewczyn, pieprzących się z zapałem płatnych kurew tyle, ze darmo. Czekają w oparach whisky, ginu i dymach skrętów aż oni zejdą, poderwą je i wrócą. Do rana tkać będą marzenia o nie tych ciałach, które mają albo pod albo nad sobą, a które będą musiały im starczyć do świtu, jak czekającemu na pochówek nocne czuwanie przyjaciół.

Zasypiają o wilgotnym brzasku. Czy śnią? Oczywiście! O korabiach i złotogłowiach, bajaderach i Raskolnikowie. O Kalkucie i matce zwanej Teresą. Widzą we snach i czują pod dotykiem myśli, jak wiją się serpentyny Gangi i Yamuny, Motławy i Wisły; jak wznoszą piargi Matki Gór. Widzą Yaki i stąpające słonie, i zdaje im się, że słyszą wrzaski langurów i mrożący krew z wódką w żyłach ryk tygrysa, a jakieś nagie uda rozkładają się na boki jak cyrkiel i wtedy pragną tego, co obok leży pijane, zasapane i spocone. Śniąc dalej, czy śnią o Mariackiej lub słonym śledziu z Bałtyku posypanym szczypiorem i pieprzem? Może, cholera ich wie… Śniąc, żyją teraźniejszymi złudzeniami.


[---]


Więcej na:

http://plezantropia.power...urem-i-f59.html



.
Ostatnio zmieniony przez smooth 2007-08-25, 12:34, w całości zmieniany 2 razy  
0 UP 0 DOWN
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Zobacz posty nieprzeczytane

Skocz do:  

Tagi tematu: dziennik, fragmenty, murem, pod, znaleziony


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template BMan1Blue v 0.6 modified by Nasedo
Strona wygenerowana w 0,08 sekundy. Zapytań do SQL: 19
Nasze Serwisy:









Informator Miejski:

  • Katalog Firm w Brzegu