Forum Brzeg on
Regulamin Kalendarz Szukaj Album Rejestracja Zaloguj

MegaExpert

Poprzedni temat :: Następny temat
Historia śliwki
Autor Wiadomość
owip2001 
śniegu niema,a bałwanów pełno



Wiek: 41
Dołączył: 21 Cze 2006

UP 51 / UP 18


Skąd: Brzeg

Wysłany: 2009-07-26, 12:01   Historia śliwki

Ciekawostka znaleziona w necie.



Historia śliwki, czyli rzecz krótka o ewolucji: droga z drzewa do gąsiorka.
Wiosna 2006. Zaczyna świtać. Mały sad w jednej z licznych łańcuchowych wsi Dolnego Śląska. Wokół rozciągają się nieprzeniknione mgły i zalega ogłuszająca cisza z rzadka tylko przerywana tupotem przerażonego jeża. Ten sielski wręcz obraz w niczym nie zapowiadał nadchodzących wydarzeń, które miały zmienić bieg historii.
Jeszcze z końcem lata wszystko było na swoim miejscu. Nieliczni straceńcy odrywali się od swych gałązek, rzucając się w otchłań majaczącej zielenią łąki.
Napięcie rosło z dnia na dzień. Gospodarz co ranka nerwowo spoglądał na południowy-zachód jakby wypatrując jakiegoś znaku. W końcu stało się to co musiało się stać. Gospodarz zaciągnął się jeszcze łapczywie dymem papierosa i pstryknął niedopałkiem w stronę najbliższej wybranej śliwy. Podszedł do niej i zaczął się trząść. Trząsł się tak, trząsł i trząsł. Wydawać się mogło, że trzęsie się tak bez końca. W końcu trzęsienie przeniosło się na śliwę a gospodarz jęknął cicho i zastygł nieruchomo jakby czegoś nasłuchiwał. Nie mylił się: trzęsienie dało efekt. W ułamku sekundy spadli prawie wszyscy łudząc się jeszcze, że znajdą ukrycie w wysokiej trawie.
Poprzez rzednącą mgłę, za jedną ze śliw dostrzegł skuloną postać. Mogła to być Gospodyni. Nie było chwili do stracenia. Czas naglił. Sprawne ręce szybko wyłuskały łup z zielonej gęstwy i zapakowały do przygotowanych skrzyń.
Sumienie nie dawało mu jednak spokoju. Przerażony tym co zrobił postanowił pozbyć się skrzyń z zawartością. Zawołał na pomoc sąsiada. Ten nie wahał się ani przez chwilę, już od dawna obmyślał co zrobić w takim przypadku. Skrzynie szybko zapakowano na wóz i przewieziono na podwórko sąsiada.

Co się stało ze śliwkami u sąsiada czyli ciąg dalszy ich ewolucji:
Sąsiad nie mógł zasypiać gruszek w popiele, tym bardziej, że były to śliwki w skrzyniach. Postanowił działać szybko i zdecydowanie. Po chwili wrócił ze stodoły z ciężką wiertarką i mieszadłem do zaprawy. Śliwki, gęsto upakowane w skrzyniach bezradnie obserwowały masakrę. Twarda, wirująca stal bez trudu rozrywała ich ciała, w oka mgnieniu docierając do dna skrzyń. Po chwili było już po wszystkim.
„Co teraz, co robić? Przecież nie wyrzucę tego za stodołę” gorączkowo rozmyślał sąsiad. Rozwiązanie nasunęło się samo: w amoku, miotając się w ciemnościach tu i tam potknął się o porzucone puste beczki z tworzywa sztucznego. W ostatniej chwili złapał równowagę chwytając obiema rękami za kamienne koryto. Wisiał tak nieruchomo dłuższą chwilę, ale wiedział już, co robić. Puścił koryto i z impetem wylądował na twardej posadzce nabijając sobie guza na czole.
„To nic, warto było!” pomyślał pakując barbarzyńskie dzieło do beczek. Był już spokojny – pozostali sąsiedzi nie dowiedzą się nic o tym, co tu się wydarzyło.
Gdy za dwa dni zajrzał do beczek przeraził się. Śliwki mimo, że rozszarpane na śmierć zaczęły żyć własnym życiem. Jeszcze chwila i wyleją się z beczek na podłogę stajni i rozleją po okolicy. Nie mógł do tego dopuścić. Nadmiar puchnącej masy zaczął przekładać do pustych szklanych balonów, które ostrożnie zniósł ze strychu.
„Rozcieńczę zarazę wodą z cukrem to nie będzie tak ruchliwa” pomyślał. Jak pomyślał tak zrobił. Każde 100 litrów resztek po tym co było kiedyś śliwkami rozrobił chyba 40 litrami roztworu wody z cukrem (w pośpiechu nie robił notatek, na 12,5 litra wody dodawał 4 kg cukru). Na wszelki wypadek dodał jeszcze ostatni zapas drożdży gorzelniczych zakupionych kiedyś na lokalnym rynku, ze swojska nazywanym Allegdzie oraz pożywki DSM Maxa-cośtam, którą nabył od piwowarów.
Teraz był już spokojny i zadowolony. Za dwa, trzy tygodnie po zbrodni nie zostanie śladu a on w zamian będzie miał pokaźny zapas orzeźwiającej Turbo-coli.

Ewolucja śliwek zbliża się do przełomowego wydarzenia:
Jedyne co mógł teraz zrobić to czekać. Po dwóch, trzech dniach zamknięta w butlach i beczkach substancja zaczęła lekko szumieć a z rurek zaczęły dobiegać coraz częstsze bulknięcia.
Skracając sobie czas oczekiwania słuchał tych bulknięć jak muzyki jakiejś cudownej. Miał wrażenie jak by czasem marsza grało a to tylko bulgotało. Po trzech tygodniach w stajni nastała wyczekiwana cisza. Z jednej już tylko szarej beczki dobywały się pojedyncze, majestatyczne bulknięcia. To powoli zbliżał się finał ewolucji wody z cukrem w Turbo-oranżadę.
Zajrzał do beczek ze zwłokami śliwek. Na powierzchni unosił się ciemnobrązowy kożuch. Zamerdał w beczce jakimś patykiem i zadowolony aż mlasnął językiem z zachwytu. Korzuch zaczął niknąć w brązowej toni odsłaniając dostęp do Turbo-coli. Nie mogąc się powstrzymać sięgnął po kubek i zaczerpnął z beczki. Pił powoli, próbując delektować się każdym łykiem. Nagły wstrząs przeszedł przez całe jego ciało. Uświadomił sobie, że Turbo-cola jest gorzka i cierpka. „Kurcza paka!” pomyślał ze złością, „Przecież wpakowałem w to ścierwo tyle cukru! Gdzie on się podział?” gorączkowo próbował sobie przypomnieć wszystko od początku. Ze złością wypił jeszcze trzy kubki mętnego płynu czując co prawda jakieś tam orzeźwienie ale o rozweselniu nie było na razie mowy. Nalał szybko kubkiem płyn do plastykowej butelki, zamknął beczki i popijając z butelki udał się za stodołę. Dotarł tam już z trudem i zaległ pod ścianą na kupce siana. Był coraz bardziej orzeźwiony i rozweselony.
„Gorzkie i cierpkie ale działa. Naprawdę działa!” cieszył się jak dziecko. W pobliżu rozległ się chrobot, potem świst i głuche puknięcie. Nie zaniepokoiło go to jednak. Orzeźwiony i rozweselony, rozgrzany promieniami słońca zasnął zanurzony w aromatycznym sianie.
Ze snu wyrwało go potężne uderzenie w czoło. Znowu miał guza na czole, tym razem z lewej strony. Rozejrzał się ostrożnie wkoło i zobaczył obok lewego ucha pękniętą dachówkę.
„Pies to drapał” próbował zakląć ale był za bardzo rozweselony. Ucieszył się nawet z tego guza. Zawsze razem z guzem pojawiały się myśli i pomysły. Kolejność była różna. Tym razem guz był pierwszy. Była to cena postępu. Bez tego bolesnego objawiania pewnie by dalej tkwił na ławeczce przed obejściem tępo patrząc się przed siebie.
„Jakże twardą głowę musi mieć człowiek skoro nawet w Kosmos przymierza się latać” zaśmiał się szczęśliwy, że czyni postępy w dużo mniejszej skali.
Nie minęła chwila a już wiedział jak usprawnić Turbo-colę. Z szacunkiem pogłaskał nowego guza. „Jutro wypróbuję ten postęp. Naprawa dachu może poczekać z pożytkiem dla postępu”

Kulminacja

Była piąta rano, gdy zerwał się z posłania. Chociaż głowa po wysiłkach fizyczno-umysłowych jeszcze lekko bolała, coś gnało go do czynu. Pognał więc do wychodka, gdzie prawie cuda czynił próbując wydalić pestkę śliwki, którą wczoraj nieopatrznie połknął razem z Turbo-colą.
Sztor!-cem! za!-ra!-za! Sta!-nę!-ła! Stękał z wysiłkiem.
Po chwili, gdy z ulgą usiadł na desce z gazetą w ręku, uświadomił sobie, że nie o takie czyny chodziło. Wciągnął pośpiesznie spodnie i pospieszył do stajni. To tu miały się dokonać czyny obmyślone dzień wcześniej.
Przecież w rogu stajni stało szklane urządzenie do wzmacniania Turbo-oranżady. Postanowił wypróbować jego działanie na Turbo-coli. Dziadek ogacił je starymi gazetami, aby ciepło lepiej zachować i jeszcze jakieś porady i ostrzeżenia „ukrył”.
Pierwsze cztery porcje po 20 litrów Turbo-coli puścił na hura odbierając po ok. 5 litrów lekko mętnego płynu. Z każdej porcji pierwsze 50 gramów zbierał oddzielnie na ofiarę dla Bahusa: skrapiał tym tradycyjnie całe obejście. Tak robił ojciec, tak robił dziadek, tak było w kajecie pradziadka napisane i to jeszcze w ramkę zamknione dla przypomnienia. Miało to chronić niby przed mutacjami w kolejnych pokoleniach kapaczy. Tradycja to tradycja: trzeba podtrzymywać. Ponoć te pierwsze wykapy wyśmienicie nadają się na poczęstunek dla poborców podatkowych naszego Jaśnie Pana: jak się skuszą to drugi raz już nie przyjdą, bo nie trafią. Ba, ale mogą drudzy jeszcze gorsi przyjść.
Jak nazbierało mu się ze 20 litrów tego mętu, pogonił go jeszcze raz powolutku. Wykapało klarowne, ładnie pachnące. Popłukał kapeńką usta: „O, ma moc. Będzie ze 70 woltów. Prawie wysokie napięcie. Może już nieźle kopnąć” Chciał to jeszcze raz pogonić dla jeszcze większego wzmocnienia. Słyszał coś o suchym spirytusie. Takie paliwo przyszłości albo kondensat na wyprawy do lasu po chrust, aby flaszek nie targać tyle ze sobą. Ale co: łykać jak pigułę, toż bebechy wypali, łykać i popijać, rozpuszczać i łykać? Bujdy jakieś, może mu się ino śniło.
Kowal mówił żeby nie więcej niż dwa razy gotować to więcej woni śliwkowej zostanie, ale zrobi tak trochę po swojemu: będzie kapać powolutku już za pierwszym razem, po co dwa razy? Chrustu szkoda a zima idzie.
W końcu zamienił całą Turbo-cole w krystalicznie przeźroczysty płyn. Klął przy tym siarczyście bo zaraza go jakaś zmogła. Dostał od zakonnych jakieś zioło na dwie niedziele, ale kategorycznie wzbraniali wynalazków próbować, bo jakiś piorun wątrobę może trafić i jeszcze w głowie namieszać. Kij z wątrobą podobno się odradza, ale głowa potrzebna do postępu cały czas. Trudno, przydatność tego płynu sprawdzi później jak mu się zioło skończy a tymczasem pomyśli co z gęstymi resztkami po Turbo-coli zrobić. Zasmucony poszedł do izby do łóżka. „Jak tu zasnąć bez choćby szklaneczki wynalazku. Ani chybi jutro głowa będzie pękać”
Finał.

„O! Już prawie południe” stwierdził, leniwie przeciągając się w łóżku. Promień słońca wpadający przez dziurę w dachu dotarł do kufra Babci. Od dłuższego czasu spał na strychu. Na dole w pokojach i w kuchni przygotowywał na zimę zapasy Chyżej Zupki (jak ją ochrzcił). Wynalazł ją kiedyś przypadkiem, jak strącił z paleniska kuchni gar z zupą i wszystko się rozlało po kuchni. Gotować musiał sam. Jego kobieta pojechała za robotą do Brytanii. Podobno stoi na zmywaku u niejakiego Chudego Robina. Stoi czy leży byle kasa była to się nową krowę kupi. Stara krowa kiedyś uciekła na jego widok, jak wyszedł z czarnej dziury za stodołą.
Tak się wściekł tą rozlaną zupą, że przez miesiąc nie zaglądał do kuchni. W końcu, gdy już miał dość jadła z gospody (a i zapłacić już za bardzo też nie było czym, bo gąsiory puste całkiem) to zajrzał spodziewając się ujrzeć kożuch pleśni na podłodze. Zdziwił się trochę, gdy ujrzał, że zupa całkiem wyschła i połuszczyła się płatami na deskach podłogi.
Rzucił kawałek takiego płatka kurom na podwórko. Na drugi dzień kury żyły i to całkiem dobrze.
„Mogą one, mogę i ja” stwierdził. Z początku myślał gryźć te płaty zupowe na sucho, ale po pierwszym kęsie cisnął suchą zupą w stronę kuchenki. Płat zupy wpadł do garnka, w którym gotował jaja na kolację. Po chwili, zdumiony poczuł zapach jego ulubionej zupy.
Po obfitym posiłku (zupa + jaja) z werwą oderwał całą zupę od podłogi. Pokruszył wszystko na malutkie kawałeczki i wsypał do kamionkowej faski. Nazwał to „Chyża Zupka”. Dobry pomysł i dobry smak. Akurat na zimę: zalać wrzątkiem i gotowe.
Wstał w końcu z posłania. Zszedł powoli na dół. Był wyspany i zadowolony. Kawał roboty odwalił. Płyn z Turbo-coli stał w balonie w stajni. Zapali sobie papierosa i nacieszy oko widokiem. Postawił taboret przed balonem z płynem i i zaciągnął się dymem.
W jednej chwili świat stanął na głowie a wydarzenia potoczyły się w tempie błyskawicy. Gdy strzepywał popiół z papierosa ten wypadł mu z ręki i wylądował w pobliżu balona. Gdy zamaszyście pochylił się, aby podnieść peta z całej siły wyrżnął czołem w wylot balonu. Odbiło go do tyłu, przeleciał przez taboret i huknął tyłem głowy w koryto. Osunął się otępiały na podłogę, ale po chwili zerwał się na nogi i spojrzał w stronę balonu. Balon był cały.
Gorzej było z głową. Nie próbował jej dotykać, ale czuł, że postęp nadchodzi i to w ekspresowym tempie.
Coś zaczęło się kluć w głowie. Szybko odszukał ołówek stolarski: spisze wszystko na drzwiach od stajni, żeby niczego nie zaprzepaścić.
Przypomniał sobie ze szkoły historię starożytną. Grecy mieli taką zasadę-zawołanie: „Pan tam lej, pan to olej” czy coś w tym rodzaju. Po naszemu to by było chyba „Wszystko płynie”.
„Tak i to jest to” aż krzyknął.
Przeźroczysty płyn stał przed nim w balonie. Utoczył sobie pół kubka tego nieznanego jeszcze wyrobu i wypił duszkiem. Na chwilę go zatkało, nawet powietrza nie mógł złapać. Czuł jak zimny płyn spływa do żołądka. Po chwili jednak cudowne ciepło zaczęło płynąć po całym ciele. Realnie czuł to płynięcie. Pulsowało mu w skroniach. Płynęła w nim moc i energia.
„Odwagi, tak trzeba” wymamrotał i z okrzykiem HURA! z rozmachem wycelował młotkiem w głowę.
Gdy odzyskał przytomność w ogóle nie czuł bólu. Nie tracąc ani chwili zaczął myśleć szybko i logicznie. Musiał zdążyć zanim zaniknie twórcze działanie guzów na głowie.
Wszystko w nim płynęło. Łyknął jeszcze tego płynu, aby wzmocnić i podtrzymać płynięcie w całym organizmie a w szczególności w głowie. Od razu poczuł efekty.
„Wszystko płynie” wrzasnął, co tam Einstein-Zweinstein, termodynamika i inne pierdoły.
Spożyty płyn tak w nim pływał, tak go rozpierał, że nazwał go w myślach Nitro-woda.
„Ciężka woda i cudowna broń” puknął się delikatnie w czoło, śmiejąc się w głos z utopistów III Rzeszy. Byli tak blisko ale zlekceważyli istotę starożytnego zawołania-zasady „Pan tam lej, pan to olej”
Za to on, sam jeden przechytrzył wszystkich za pomocą młotka i Nitro-wody.
Nitro- woda! Ten cudowny płyn zbawi świat, sprawi, że wszystko będzie możliwe i proste.
I to właśnie on, mały filozof-wynalazca z Dolnego Śląska (ze Zdolnego Śląska jak mawiał sąsiad Kowal) sprawi, że ludzkość z podniesioną głową wkroczy a w zasadzie wpłynie w XXI wiek.
Jeszcze kiedyś orbitowcem zostanie i na orbitę do kosmosu poleci na swojej Nitro-wodzie.
Z rzyci silnik pulsacyjny będzie (coś jak V-1) a w ręku paliwo: w butelce ze smoczkiem Nitro-woda (jak prawdziwy orbitowiec, bo w kosmosie to chyba nie ma nic i tej grawitacji też nie za dużo i bez smoczka to by mu się Nitro-woda całkiem wychlupała z flaszki i jak wtedy pod stodołę wróci). Będzie tym orbitowcem jak Jurek Gagatek co go wół kopnął.
Pierwszą prędkość orbitową jak nic osiągnie, byle o stodołę nie zawadzić. A jak sobie większy młotek sprawi, to stodołę na wahadło przystosuje. Tam i z powrotem na Nitro-wodzie będzie latał. Podwórko – orbita – podwórko. Wycieczki dla sąsiadów urządzi, może jaki grosz z tego jeszcze będzie.
Nie można też przesadzić na orbicie z dawkowaniem Nitro-wody jako paliwa, bo mogą pojawić się czarne dziury. Takie same fragmenty czasoprzestrzeni spotykał też wokół swego obejścia, szczególnie za stodołą: wpada człowiek w taką czarną dziurę i koniec, przez jakiś czas żadnego postępu. Tak jak by taki gość w ogóle nie istniał.
Przypomniała mu się gęsta breja z pestkami. Może by tak z niej Chyżą Zupkę przygotować. Na zimę jak znalazł z kluskami. Ale nie, za dużo pestek a jeszcze go trochę bolało po tej ostatniej, co tak głupio połknął.
Poleciał prędko, chociaż lekko się już zataczając, na strych.
„Kurcza paka” zafrasował się. Zapomniał robalom kawałek świeżej dechy podrzucić i wrąbały mu prasę do owoców, tylko metalowe okucia zostały. Zatargał szybko dechę na strych robalom na pożarcie, bo mu jeszcze dranie dach zeżrą.
Poleciał na dół. W stajni wlał w siebie jeszcze szklankę Nitro-wody. Znów błysk i ciepło.
Z kuchni zabrał wszystkie sita i sitka i napełnił je breją: tak odzyska resztę Turbo-coli do przerobu na Nitro-wodę. Wszystko płynie: grawitacja i odsączanie. Już nie ma prasy do owoców, ale w pieluchach też nie będzie więcej wyżymał breji. Kiedyś tak wyżymał ale pielucha pękła i obryzgało całą kuchnię. Kobiecie nie podobał się nowy wzór na ścianach, chociaż tłumaczył, że to jak tapeta u Jaśnie Pana.
No, teraz to już tylko trochę poczekać i breja sama się wyciśnie.
Zadowolony z wielkiego postępu i horyzontów, które właśnie poszerzył, nalał sobie do flaszki Nitro-wody i poszedł na strych. Po drodze poczuł, że coraz trudniej jest wspinać się na schody. W połowie drogi przysiadł i napił się z flaszki. W końcu, choć z trudem, jakoś znalazł się na strychu.
Tak, tak, świat padnie przed nim na kolana. Jutro musi uporządkować zapiski na drzwiach stajni.
Był już blisko łóżka, gdy poczuł, że dzieje się coś dziwnego. „Oooo!” ze zdumieniem stwierdził, że jak na razie to on padł na kolana i to nie przed światem ale przed własnym łóżkiem.
„Kurcza… znowu te anomalie grawitacyjne”. Ledwie to pomyślał, rosnące ciążenie rozpłaszczyło go przed łóżkiem. Resztką sił oderwał ręce od podłogi i chwyciwszy za krawędź łóżka w ostatniej chwili wciągnął się na posłanie. Tu zaczął badać lewitację. Wychylił jeszcze głowę poza łóżko i puścił pawia, aby sprawdzić poziom grawitacji.
„Bardzo dobrze, znakomicie! Breja na sitach szybciej się osączy” zdążył jeszcze pomyśleć zanim zmęczony zasnął.

Koniec
0 UP 0 DOWN
 
draq 



Wiek: 28
Dołączył: 15 Kwi 2006

UP 0 / UP 0


Skąd: stacja Brzeg

Wysłany: 2009-07-26, 12:56   

myślalem ze śliwką przeżyje :P
0 UP 0 DOWN
 
s.krol1 

Wiek: 37
Dołączył: 02 Maj 2008

UP 0 / UP 0



Wysłany: 2009-07-26, 13:02   

:D Historia Sliwki naprawde mnie uzekla !! Super . Goraco zachecam do przeczytania w imieniu moim i SLIWKI: Naprawde warto. :lol:
0 UP 0 DOWN
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Zobacz posty nieprzeczytane

Skocz do:  

Tagi tematu: historia, sliwki


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template BMan1Blue v 0.6 modified by Nasedo
Strona wygenerowana w 0,1 sekundy. Zapytań do SQL: 20
Nasze Serwisy:









Informator Miejski:

  • Katalog Firm w Brzegu